
Historia miłosna na linii frontu
Jan, ze znakiem wywoławczym „Kenobi”, jest dowódcą 1 Międzynarodowego Legionu Obrony Ukrainy. Anastasiia jest medykiem bojowym. Wojna zbliżyła ich do siebie. Pomimo swojego wieku, młodzi ludzie przeżyli wystarczająco dużo, aby przetrwać kilka żyć i więcej niż jeden film przygodowy. W końcu oboje są wojskowymi profesjonalistami, którzy nigdy nie ukrywali się za plecami innych ludzi podczas brutalnej wojny z podstępnym wrogiem. Jak zachować głos i zdrowy rozsądek, gdy na monitorze centrum kontroli bojowej widać błysk pocisku 152 mm eksplodującego w miejscu, w którym twoja ukochana właśnie wykonywała misję? Jak zachować spokój, gdy czytasz wiadomość, że ojciec twojego przyszłego syna jest ranny i może nie przeżyć? Jak wziąć udział w bitwie z więcej niż jednym urazem i wieloma stłuczeniami, a co najważniejsze, jak wysłać ukochaną osobę na niebezpieczną misję? Ich droga nigdy nie była prosta ani łatwa, ale pomimo wszystkich wyzwań, są pewni przyszłości i nie zamierzają rezygnować z obranego celu, ponieważ rozumieją, jak bardzo Ukraina ich potrzebuje.
Jak przebiegło wasze pierwsze spotkanie, kiedy zauważyliście się nawzajem, kiedy zdaliście sobie sprawę, że „ta osoba różni się od innych wokół ciebie”?
Jan “Kenobi”
Jest rok 2022. Wieś Kruglyakivka. W tym czasie byłem dowódcą kompanii piechoty w Legionie. Anastasiia właśnie dołączyła, służyła w jednostce medycznej. Zdarzyło się, że inny dowódca kompanii zranił się w plecy i medycy przyszli mu pomóc. Wtedy po raz pierwszy się spotkaliśmy i zobaczyliśmy.
Anastasia “Kwas”
Kiedy przyszłam i zobaczyłam go po raz pierwszy, był taki odważny, taki poważny. Polubiłam go. Ale potem Katie, dziewczyna, która służyła ze mną w centrum medycznym, powiedziała mi, że jest żonaty. Postanowiłam, że jeśli tak, to całkowicie o nim zapomnimy. Ale wtedy Katie, „Chaika”, prawie całe centrum medyczne powiedziało mi, że „oni już się rozwodzą, a on jest tobą zainteresowany i może moglibyście się spotkać?”. Chyba wtedy się na niego nabrałam. Nie potrzebowałam czasu, żeby go polubić. Polubiłam go od pierwszego wejrzenia.
Jak udało wam się połączyć wasz związek ze służbą w boju, jak pozwoliliście sobie nawzajem na niebezpieczne misje?
Jan “Kenobi”
Nie zaczęliśmy związku od razu. Przez długi czas po prostu rozmawialiśmy. Dopiero gdy kwestia mojego rozwodu została całkowicie rozwiązana, zaczęliśmy się spotykać. Jeśli chodzi o zadania, to przez pierwszy okres przebywała na oddziale medycznym. Nie martwiłem się tym wtedy szczególnie. Wiedziałem, że jej obowiązki ograniczają się do ewakuacji rannych, udzielania pomocy i dostarczania ich do ośrodków stabilizacji.
Ale kiedy awansowałem na wyższe stanowisko i zostałem zastępcą dowódcy batalionu, Anastasia została przeniesiona do kompanii piechoty. Szczerze mówiąc, miałem kilka trudnych chwil. Zwłaszcza, gdy jest się po drugiej stronie ekranu (monitoring na stanowisku dowodzenia - red.). To jest na misji bojowej w terenie. Było kilka sytuacji, które sprawiły, że serce mi się krajało.
Natychmiast ustaliliśmy wyraźną granicę między relacjami a wykonywaniem zadań. Nie było czegoś takiego jak „nie pójdziesz tam, bo jesteś moją dziewczyną”. Mieliśmy podział personelu, kto wykonuje jakie zadania, kiedy i w jaki sposób. W przypadku Anastazji było to głównie wsparcie medyczne grup szturmowych podczas misji szturmowych, ewakuacja rannych bezpośrednio z pola walki oraz ewakuacja poległych żołnierzy.
Pamiętam jeden taki moment. Straciłem zdolność mówienia na około minutę. Patrzyłem, jak ewakuują żołnierza, który niestety zginął. Ona i inny żołnierz. Położyli go na noszach i zaczęli wiązać. I w tym momencie zobaczyłem dużą białą plamę na ekranie. To był pocisk 152 mm. Był dosłownie kilka metrów od nich. Pomyślałem, że to koniec, że mężczyzny już nie ma.
Anastasia “Kwas”
Poszliśmy się ewakuować. Żołnierz już nie żył. Musieliśmy tylko zabrać ciało. Szliśmy szybko. Mój partner był taki zabawny. Szedł za mną bardzo powoli z tymi noszami. Nie zabraliśmy ze sobą nic dodatkowego, żadnych plecaków medycznych, tylko nasze apteczki, ponieważ zrozumieliśmy, że żołnierz nie żyje i jest już za późno, aby mu pomóc. Trzeba było go ewakuować. Było tam lądowisko i otwarta przestrzeń. Znajdował się na otwartej przestrzeni. To był pierwszy raz, kiedy natknąłem się na niedawno zabitą osobę. Kiedy wyruszaliśmy na misje bojowe, nikt nigdy nie zginął na mojej warcie. A zwłoki, które widziałem, były już zwłokami Rosjan, którzy leżeli od dłuższego czasu. Ale być skonfrontowanym z martwą osobą w ten sposób, zaraz po śmierci, to był pierwszy raz. I wszystko działo się bardzo szybko. Usiedliśmy i zaczęliśmy rozkładać nosze. A tak w ogóle, to chyba te nosze nas uratowały, bo zaczęliśmy je rozkładać. Odciąłem płytkę nośną. I byliśmy tuż nad ziemią, kiedy to nadeszło. To było bardzo szybko: odwracasz się, jest trochę dymu. Patrzę w górę: „Zulu”, to znak wywoławczy tego gościa, już biegnie. Pomyślałem: rozumiem, więc musimy gdzieś uciekać. Ale wciąż byliśmy w szoku. I wtedy usłyszeliśmy w radiu: „Wracaj! Wracajcie!”
I wtedy wróciliśmy. Z mojej strony to zawsze adrenalina. I nie myślisz o tym, co myślisz po drugiej stronie ekranu.
Kiedy byłem ranny, nie myślałem też o tym, jak bardzo martwią się ludzie po drugiej stronie ekranu, którzy dowodzą tą operacją. Myślisz o swoich żołnierzach, którzy tu są i o tym, że musisz się nimi zająć, ponieważ jesteś medykiem. A kiedy zostałem ranny, byłem jedynym medykiem na desancie.
Ian “Kenobi”
A potem, dosłownie 30 sekund później, kolejny dyżurny krzyczy przez radio, próbuje się z nimi skontaktować. Oni mu odpowiadają. Pogoda tam pomogła. Było mokro, błotniście, a pocisk po prostu zakopał się w ziemi. Główna fala uderzeniowa poszła w górę. Byli wtedy mocno poturbowani. Ewakuowaliśmy żołnierza i wycofaliśmy się.
Anastasia “Kwas”
Pierwszy raz pojechał na misję bojową, kiedy już rozmawialiśmy, ale jeszcze nie byliśmy w związku, to był rok pełnej inwazji. Pojechał ze swoimi ludźmi jako dowódca kompanii, ponieważ musieli podnieść swoje morale.
Jan “Kenobi”
Mówiąc prościej, to była rocznica. Był 24 lutego 2023 roku. Chłopaki byli trochę zaniepokojeni. Myśleli, że wróg rozpocznie zmasowaną ofensywę albo coś innego. Wiemy, że wróg lubi wykorzystywać tak znaczące daty i robić coś złego w te dni.
Pojechałem z chłopakami na misję bojową. Po drodze zostaliśmy ostrzelani amunicją kasetową, złapał nas moździerz, a potem zdalne minowanie. Dzięki Bogu, dotarliśmy na pozycję. Wszystko było tam standardowe: „Mieliśmy trochę koszmaru z ostrzałem. W tamtym czasie nie były one zbyt popularne, ale drony już działały ze zrzutami amunicji. Sama pozycja była ostrzeliwana.
Trzy dni później, kiedy się zmieniliśmy, droga powrotna również była „zabawna”. Powtarzające się zdalne minowanie, trasa była zmieniana cztery lub pięć razy podczas przemieszczania się do punktu wyjścia. Wszystkie te zdalne miny zaczęły eksplodować.
Zabawna rzecz wydarzyła się, gdy dotarliśmy do punktu wyjścia, minął nas transporter opancerzony przyjaznych jednostek. Najwyraźniej wróg postanowił go ostrzelać. Ale była to dla nas bardzo zła decyzja. Fakt, że chcieli „zabić” „beha” 82-mm moździerzem był koszmarem.
Nie jest on zbyt skuteczny przeciwko pojazdom opancerzonym. Inna sprawa, że szliśmy wtedy tą drogą. Mina wylądowała dosłownie chyba osiem metrów ode mnie, ale ja szedłem w środku formacji, a ten, który szedł pierwszy, miał chyba ze dwa, trzy metry odstępu ode mnie. Uratował nas fakt, że były tam pojazdy opancerzone, toczyła się zima i wszystko było zamarznięte. Poruszaliśmy się z noktowizorem. Zobaczyliśmy błysk wyjeżdżającego moździerza. W tym momencie noktowizor został oślepiony. Odwróciliśmy głowy w tamtym kierunku i usłyszeliśmy gwizd. Wydałem komendę: „Padnij!”. Obcokrajowcy zrozumieli tę komendę. Bo jeśli ja spadnę, spadną wszyscy. Po prostu wpadliśmy w tę koleinę. Miałem niewielki widok z toru, widziałem jak ląduje mina. Z jednej strony było to przerażające, z drugiej bardzo piękne. Widzieć, jak mina rozpada się i iskrzy na lodzie. Żołnierz, który szedł pierwszy, który był najbliżej mnie, podbiegł do mnie i powiedział: „Sir, moje plomby zostały wybite przez falę uderzeniową”. Powiedziałem: „Kolego, chodźmy stąd! Później wyślę cię do szpitala, gdzie dostaniesz nowe plomby”.
Anastasia “Kwas”
To było jego pierwsze bojowe pojawienie się, kiedy zaczęliśmy rozmawiać. Jan nie odbierał wtedy radia. Od razu powiedział, że dowódca grupy będzie w kontakcie. A ja po prostu pytałem Katię: „Katie, co się dzieje?”. Nie byłem jeszcze po drugiej stronie ekranu, byłem w jednostce medycznej i mieliśmy własne zadania, ale wciąż pytałem Katie: „Co się dzieje?”. „Katie, co się dzieje?”. A ona po prostu pracowała w stacji radiowej i zdobywała wszystkie informacje o chłopakach. I znowu, kiedy pojechałam na misję bojową, byłam już w piątym lub szóstym miesiącu ciąży. Dopiero co poszłam na urlop. On był już dowódcą jednostki.
Byłam na urlopie i nie wiedziałam, że pojechał na misję bojową. Przeczytałam wiadomość w grupie: „Kenobi 300”, i jeszcze jeden gość, też 300. A potem mówią, że może „200”. A ja byłem jak... (westchnienie - red.). To był drugi raz, kiedy dowiedziałem się, jak Jan idzie na pole bitwy. I też nie byłem po drugiej stronie ekranu, nie widziałem jak biegają.
Jan “Kenobi”
Jak to było? Nie biegałem za dużo. Bardziej byłem niesiony do tyłu...
W momencie, kiedy chłopaki mnie wyciągali, więcej myślałem. Bałem się, że dziecko zostanie beze mnie. To był dla mnie największy stres w tamtym momencie.
W tym momencie historii syn Jana i Nastii, który spał spokojnie w kołysce, obudził się i zapłakał
„Co się stało, synu, czy twój tata poszedł na wojnę?” - żartuje Jan, podnosząc dziecko.
Anastasia “Kwas”
Powiem, że rozmawiałam z nim o tym (urazie - red.) przez długi czas potem.
Jan “Kenobi”
Bardzo długo! Nie płacz (usypia dziecko), nigdzie indziej nie idę.
Dziecko chodziło bez instrukcji. Z pierwszym dzieckiem jest bardzo ciężko i nie ma żadnego „ZIP”, nic, chłopaki. Trzeba być na to przygotowanym!
Ale szczerze mówiąc, pierwszy miesiąc jego dzieciństwa bardzo przypomina służbę na stanowisku dowodzenia. Jest tak samo: nie śpisz, nie masz czasu na jedzenie, nie masz czasu na wyjście w sprawach osobistych, nawet na umycie się. Ciągle ktoś coś krzyczy, czegoś od ciebie chce, nie możesz tego zrozumieć. Praca w legii z obcokrajowcami jest bardzo podobna, a to tylko służba na stanowisku dowodzenia.
Ile miałeś rannych podczas odpierania inwazji na dużą skalę?
Jan “Kenobi”
Nastia ma jedną ranę i wiele innych obrażeń.
Anastasia “Kwas”
Pięć stłuczeń.
Jan “Kenobi”
Miałem trzy obrażenia podczas inwazji na dużą skalę. Ostatnia była najpoważniejsza.
Raz w roku, systematycznie. Mam nadzieję, że w tym roku dam radę (uśmiech - red.).
Anastasia “Kwas”
Nawiasem mówiąc, kiedy uderzył pocisk 152 mm, byłam już w ciąży. Tylko o tym nie wiedziałam. Więc dziecko powinno dostać status kombatanta (uśmiech - red.).
Jan “Kenobi”
Mam co najmniej trzy oficjalne powody, by odejść z Sił Zbrojnych. Szczerze mówiąc, czasami mam dziką ochotę. Ale po prostu nie mogę opuścić jednostki. Zainwestowałem w nią wiele swojej energii. Dosłownie przelałem swoją krew w tej jednostce. I nie mam zamiaru jej opuszczać.
Anastasia “Kwas”
W rzeczywistości zapytał mnie, kiedy początkowo myślał, że może zrezygnować z powodu odniesionych obrażeń. I raz o tym rozmawialiśmy, ale w pewnym momencie powiedział: „To jest mój pomysł, nie mogę tego zostawić. Czy mogę zostać?”
Odpowiedziałem: „Oczywiście”. Ponieważ sama go rozumiem. Tak, mimo że jestem matką, mam w ramionach małe dziecko, a ono jest cudem, uwielbiam je, kocham, ale moja dusza zawsze ciągnie mnie z powrotem do Legii. I doskonale rozumiem, że nigdy nie pozbawię Ukrainy takiego dowódcy, bo widziałem go w pracy. Pomimo tego, że byliśmy w związku, jak powiedział wcześniej Jan, oddzieliliśmy pracę od związków. Widziałem go jako dowódcę bojowego.
I po prostu nie mogę sobie pozwolić na to, żeby takiego dowódcę jak on zabrać z Ukrainy. I to nie są tylko moje słowa. Kiedy myślał, że odejdzie ze służby z powodów zdrowotnych, ile osób z naszej kompanii Bravo pisało do mnie, że bez Kenobiego to nie to samo. Nie mogą ufać nikomu innemu tak bardzo, jak ufali jemu, a bez niego ten legion nie będzie taki sam. Jak mogę powiedzieć komuś, żeby ze mną został? To nie jest właściwy czas w naszym kraju.
Ludzie mają różne rodzinne albumy ze zdjęciami. Archiwum zdjęć i filmów Jana i Anastazji na pewno będzie się wyróżniać. Życie dało im mało czasu na teatry, kwiaty, lodowiska czy romantyczne spacery. Znajdą tam jednak: trofea, rzadką broń i wyposażenie, wziętych do niewoli jeńców i flagi wroga zdejmowane własnymi rękami w osadach wyzwolonych od najeźdźców, ostrzały, bitwy i rany, ewakuacje z pola bitwy. Anastasiia wycofała się ze służby wojskowej, ale jej serce zawsze jest z Legionem. Kiedy Yan, na pozór inteligentny, wysportowany, a nawet szczupły młody człowiek średniego wzrostu, jest w jednostce, natychmiast gromadzi się wokół niego wielu ludzi. Szczery szacunek i styl komunikacji doświadczonych, zaprawionych w bojach żołnierzy z całego świata, często znacznie starszych i solidniej zbudowanych, jest widoczny gołym okiem. Są wiele warci i wiele mówią. Można się tylko domyślać, jakim kosztem i w jakich warunkach taki autorytet został zdobyty i do czego zdolny jest oficer, gdy musi podjąć decyzję lub działać osobiście.
Na pytanie „Czym jest dla Ciebie Legia?” Jan i Anastasiia bez wahania odpowiedzieli zgodnie: „Rodziną, rodziną”. A dla ich małej rodziny jest to rzeczywiście wielka rodzina - 1. Międzynarodowa Legia Obrony Ukrainy.
Volodymyr Patola
Zdjęcie z archiwum Jana i Anastazji