Roman ILDU

To inspirujące, gdy obcokrajowcy przyjeżdżają, aby bronić twojej ziemi – muzyk, szturmowiec, inżynier Roman „Daos”

Roman z Ternopila – żołnierz, inżynier bezzałogowych kompleksów lotniczych jednej z międzynarodowych jednostek. W życiu cywilnym jest założycielem i dyrektorem szkoły muzycznej, muzykiem, producentem dźwięku, a także aktywnym wolontariuszem. Przed wojną jego świat kręcił się wokół wrażliwej techniki muzycznej. Teraz doświadczenie inżyniera dźwięku służy innemu celowi: nie salom koncertowym, ale zadaniom bojowym.

W życiu wszystko ma swój początek. Każda decyzja ma swoje etapy podejmowania. I nie zawsze bohaterem zostaje się jednym ruchem, jakby dotknięciem magicznej różdżki. Dla Romana wstąpienie do wojska również nie zaczęło się od brawury, ale od pytań do samego siebie. Dobrze rozumiał: doświadczenie cywilne nie czyni cię automatycznie żołnierzem. Dlatego zaczął od przygotowań – krok po kroku, ale wytrwale:

 


– Trafiłem do wojska trochę „z przypychacza”. Kiedy otrzymałem pierwsze wezwanie, oczywiście nie poszedłem. Ale zastanowiłem się, bo nic nie umiałem. Jestem „cywilem”. Termin ważności WLC dobiegał końca i i tak musiałem się stawić. To znaczy, rozumiałem, że nie uniknę tego. I tak będę musiał iść do służby. Dlatego pojechałem uczyć się obsługi bezzałogowych statków powietrznych. Najpierw była rozpoznanie lotnicze, potem FPV. Wcześniej przeszedłem jeszcze kurs z takmedu. Po szkoleniu przyszedłem do TCC i wysłano mnie do BZVP.

 


Okoliczności sprawiły, że Roman trafił najpierw do DShV. Dla osoby bez przeszłości wojskowej była to gwałtowna zmiana, ale nie powód do wycofania się. Potraktował to jako kolejny etap, przez który trzeba przejść:

 


– Byłem na froncie. Wiem, co to jest wyjście bojowe. Wiem, co to są rany. Wiem, jak to jest, gdy ludzie umierają obok. To dobra szkoła i takie doświadczenie trzeba mieć. Walka to prawdziwa nauka.

 


Podczas swojej pierwszej akcji bojowej Roman wyruszył do Wołczańska. Pozycja i ogólna sytuacja były trudne: trzeba było cały czas stać w zimnej wodzie. Ponadto wróg uważnie „słuchał” fal radiowych. Po każdej wiadomości przez radio zaczynały nadlatywać pociski. Z tego powodu wejście na pozycję i wyjście z niej stawały się szczególnie ryzykownym manewrem. Właśnie podczas takiego przejścia z jednej pozycji na drugą Roman wraz z braćmi znalazł się pod ostrzałem:

 


– Dwóch chłopaków zostało „zawróconych”, a ja zostałem ranny w oko i szyję. To był chyba AGS. Przychodzi bardzo szybko. Byłem wtedy na nie swojej pozycji. Spędziłem tam trzy – cztery dni, a potem wyprowadziłem starszych, bo już wiedziałem, jak prawidłowo się tam dostać. Tak wyglądała walka: pierwsze wyjście – i od razu ranni i dwóch zabitych. Na polu walki wszystko dzieje się bardzo szybko.

 


Ewakuacja przebiegła pomyślnie, ale przed Romanem czekał długi okres leczenia i rekonwalescencji:

 


– Długo dochodziłem do siebie. Po kontuzji długo dochodzi się do siebie. I nawet gdy wydaje się, że już się wyzdrowiało, a ciało zaczyna się rozluźniać – kontuzja znów daje o sobie znać. To jakby dzieli cię na dwa odrębne stany: jesteś jakby bardzo spokojny, ale jednocześnie bardzo niespokojny.

 


Roman nie wiedział, jak poważna była jego rana. Ale nawet leżąc w szpitalnym łóżku czuł, że znów ciągnie go do walki. Mimo to zalecenia lekarzy były jednoznacznie przeciwne:

 


– Lekarz zalecił – nawet krzyczał na mnie – żebym nie wracał do walki. Bo kiedy po raz pierwszy poczujesz, jak to wszystko się dzieje, mija dwa tygodnie – i chcesz to przeżyć ponownie. Chcesz tego bardzo ostrego adrenaliny, bo nigdzie indziej jej nie dostaniesz. Jest wyjątkowa. Ale rozumiałem: lekarz krzyczy nie bez powodu.

 


Po odniesieniu rany Roman miał możliwość zakończenia służby wojskowej ze względu na stan zdrowia. Jednak nie skorzystał z tego prawa. Wręcz przeciwnie – nalegał na kontynuowanie służby, ponieważ traktował ją już jako świadomy obowiązek:

 


– Zdecydowałem, że skoro już sam się zgłosiłem i jestem zmotywowany, to i tak muszę służyć temu krajowi przez 2–3 lata. Miałem kontakt z legionem międzynarodowym i rekomendację od nich. Wznowiłem ten kontakt i przeniesiono mnie. 71. brygada mnie zwolniła – no cóż, zwolniła: nie przeszedłem komisji lekarskiej w DShV i zostałem skreślony. Ponieważ mam kalectwo lewego oka, które nie widzi. I nie nadaję się już do tego typu stanowisk bojowych.
Roman pozostał w wojsku, ale zmienił swoją rolę. Zamiast stanowiska bojowego wybrał stanowisko inżyniera, gdzie mógł być równie użyteczny. Jego doświadczenie w pracy z techniką w naturalny sposób przekształciło się w pracę z dronami:

 


– Pracowałem prawie dwadzieścia lat jako inżynier dźwięku – i teraz też pracuję jako inżynier. Te dziedziny są pod wieloma względami podobne: lutowanie, oprogramowanie, konfiguracja sprzętu. Nie czuję, żeby było to zbyt skomplikowane. To są dziedziny pokrewne i podoba mi się to. Lubię sprawiać, żeby to działało.

 


Roman łatwo uczy się języków: biegle włada angielskim i polskim, a trochę zna niemiecki. Jednak w Legii Międzynarodowej komunikuje się głównie z maszynami. Jego głównymi rozmówcami są drony i schematy elektroniczne. Jednak przyciągnął go tu jeszcze jeden, głębszy motyw:

 


– To inspirujące, gdy obcokrajowcy przyjeżdżają, aby bronić twojej ziemi. To po prostu motywuje. Nieważne nawet, jacy oni są. Wszyscy ludzie się boją – i to jest normalne. Ale duże znaczenie ma sam fakt, że ktoś przyjechał ze swojego spokojnego kraju do twojego niespokojnego, aby walczyć za ciebie. Zwłaszcza gdy szukasz wielu powodów, aby samemu nie iść.

 


Roman pomaga swojej jednostce również na innym poziomie – wolontariackim. Ponieważ przez wiele lat pracował w dziedzinie kultury, łatwo mu znaleźć wsparcie wśród muzyków, artystów, kompozytorów i innych twórczych osób. Dlatego regularnie organizuje zbiórki rzeczy przeznaczonych do zwalczania okupantów i ich sprzętu:

 


– Dużo zbieram na drony, ponieważ ciągle potrzebujemy ogromnej ilości części. Najbardziej brakuje właśnie komponentów. Na przykład modułów VTX, które retransmitują nam obraz. Są one zawsze drogie. Wysokiej jakości kamery, anteny, niezawodne silniki – wszystko musi być wysokiej jakości, aby nie tracić połączenia i aby obraz pozostawał stabilny. Orientacyjnie jedna 10-calowa kamera FPV z dobrymi silnikami kosztuje 20–25 tysięcy hrywien. U nas działa ona jako dron-kamikadze. W ciągu dnia możemy wysłać 20–30 takich dronów. Oznacza to ogromne wydatki – bardzo dużo pieniędzy każdego dnia. Dlatego BLA to niezwykle kosztowna dziedzina.
Będąc w wojsku, Roman pozostaje człowiekiem kultury:

 


– Doskonale zdaję sobie sprawę, że prowadzę podwójne życie – cywilne i wojskowe. Nie odczuwam przy tym żadnego dyskomfortu w społeczeństwie. Czasami wojskowi mają takie poczucie, jakby musieli na nowo przystosować się do pokojowego środowiska. Ja nie muszę się przystosowywać.

 


Jednak to życie wojskowe, a nie cywilne, jest priorytetem. Wraz z braćmi broni Roman nadal doprowadza do porządku drony – skrupulatnie, jak instrumenty przed występem. A te statki powietrzne, zmontowane i skonfigurowane przez niego, wznoszą się w niebo, aby zniszczyć jak najwięcej najeźdźców z północnego wschodu:

 


– Za każdym razem oglądamy filmy z linii frontu. A kiedy nie ma trafień, reakcja jest prosta: „Arrrr... no dobrze, to następny”. To coś w rodzaju dopaminowego kopa. Patrzysz dalej – następny, następny, jeszcze jeden. Zawsze zatrzymuję się na tym nagraniu, na którym jest trafienie. Jest trafienie – wszystko, można iść spać. To dobrze motywuje i inspiruje: to znaczy, że wykonujemy swoją pracę i jest ona skuteczna. Rosjanie giną – więc Ukraińców pozostaje więcej.
 

 


Tekst: Dmitrij Tolkachow


Zdjęcia, wideo: Władimir Patola, Jewgienij Malienko


Montaż: Władimir Patola