JUBILER: „Trzeba kontynuować walkę – dla tych, którzy polegli”
Aleksander, pseudonim „Jubiler” – ochotnik z Białorusi, który przybył na Ukrainę, aby walczyć przeciwko rosyjskiej agresji. Początkowo służył w medewaku – ewakuował rannych z linii frontu. Codzienne balansowanie między życiem a śmiercią, utrata towarzyszy broni doprowadziły Juwelera do decyzji, by zostać zwiadowcą. Nawet ciężkie rany i dziesiątki operacji nie złamały jego przekonania: walka o wolność Ukrainy to także walka o przyszłość Białorusi. Odznaczony Orderem „Za Męstwo” III stopnia.
W ciągu swojego życia Aleksander próbował wielu różnych zawodów, a każdy z nich na swój sposób ukształtował jego charakter. Gdzieś nauczył się cierpliwości, gdzieś – odpowiedzialności, a gdzieś – lepszego zrozumienia ludzi. Dlatego też jego pseudonim nie powstał przypadkowo:
„Pracowałem jako jubiler. Wyjeżdżałem do pracy do innych krajów. Potem zatrudniłem się w szpitalu psychiatrycznym i przez około dziesięć lat pracowałem tam jako sanitariusz. Ostatnio, ponieważ dobrze znałem miasto, pracowałem jako taksówkarz”.
Kiedy Rosja rozpoczęła pełną inwazję na Ukrainę, Aleksander przebywał na Białorusi. Obserwował wydarzenia z daleka, ale w jego głowie dojrzewała już decyzja o podjęciu działania:
„Obudziły mnie telefony. Mówili: włącz telewizor, obejrzyj wiadomości, sprawdź internet. Myślałem, że chodzi o „DNR” – no cóż, to wszystko ich tak zwane. Ale nawet nie mogłem sobie wyobrazić, że rakiety polecą na Kijów. Od razu zadzwoniłem, żeby oddać samochód, bo zrozumiałem: nie będę już mógł dalej pracować. Nawet w Mińsku ludzie byli nieco oszołomieni. Nikt nie mógł w to uwierzyć”.
Jubiler rozumiał, że nie będzie mógł milczeć. Jednak gdyby wyszedł na protest z transparentem, na pewno trafiłby do więzienia. Dlatego uznał, że będzie bardziej przydatny na Ukrainie, gdzie będzie mógł chwycić za broń. Miał wizę schengeńską, więc mógł wyjechać z Białorusi. Musiał jechać przez Rosję, przez Kaliningrad. Pokonując dziewięć krajów, Białorusin najpierw znalazł się w Budapeszcie, a później – na Ukrainie:
Potem Aleksander długo trenował z innymi ochotnikami. Była próba utworzenia batalionu „Pagonia”. Następnie, z własnej woli, przeniósł się do Pierwszej Międzynarodowej Roty Specjalnego Przeznaczenia im. Iwana Bohuna, a w końcu do nowo utworzonego Drugiego Międzynarodowego Legionu Obrony Ukrainy:
„Podobało mi się, że obcokrajowcy wnoszą coś nowego. Zobaczyłem to wsparcie – wsparcie ludzi zupełnie różnych narodowości. Trafiłem do plutonu z Gruzinami i byłem po prostu zachwycony tym, jak wiele dowiedziałem się o Sakartvelo”.
Według ochotnika sama struktura Międzynarodowego Legionu opiera się na zaufaniu, wzajemnej pomocy i wsparciu. Jest przekonany, że właśnie na tym powinna opierać się cała armia ukraińska:
„Na przykład w mojej grupie była Amerykanka, dwóch Hindusów, Gruzin, Białorusin i Ukraińcy. Wszyscy mogli zastąpić się nawzajem, a wszystko to działo się z uśmiechem. Nawet gdy nie znaliśmy zbyt dobrze języka, i tak znajdowaliśmy sposób, by się porozumieć – pomagaliśmy sobie nawzajem, dogadywaliśmy się. Do dziś czuję się częścią tej rodziny”.
Początkowo Juwelier dołączył do zespołu medewaku. Pracował w obwodzie czernihowskim, w Bachmutie, w Lesie Serebryanskim. Codziennie pomagał wywozić rannych z linii frontu, czasem widząc śmierć towarzyszy na własne oczy:
„Kiedy udaje się reanimować człowieka i on wraca do życia, czujesz ogromny przypływ sił, energii. Ale te huśtawki między życiem a śmiercią… to jest bardzo, bardzo trudne. Zwłaszcza zabieranie „dwustu”. A jeszcze trudniej, gdy ich znasz. Zabieranie chłopaków, którzy jeszcze rano stali obok mnie — razem paliliśmy, rozmawialiśmy, żartowaliśmy”.
Z czasem Juwelier postanowił sam wyruszać na zadania bojowe – prowadzić rozpoznanie. Podczas jednej z takich akcji zginął jego brat w broni, Mińsk, a sam Aleksander odniósł ciężkie rany:
„Zauważyli nas i zaczęli strzelać. Nie mogłem się wydostać i kazałem mu się wycofać. Otworzył ogień, odwracając na siebie uwagę wroga. Od razu nie zdałem sobie sprawy, jak poważne są moje rany. Miałem zranione obie nogi, złamane kości i nie mogłem wstać. A on zginął od jednej rany. Po prostu nie zdążono mu udzielić pomocy medycznej”.
Na szczęście udało się ewakuować Juwelera do bezpiecznej strefy. Potem jego walka trwała dalej — ale już nie na froncie, tylko w szpitalnych salach. Przed nim było pięć miesięcy intensywnej terapii, dziesiątki operacji i długa droga do wyzdrowienia:
„Stan był bardzo ciężki. Nie chodziło nawet tylko o to, czy uda się uratować nogę – szanse na przeżycie też były niewielkie. Niestety dla niektórych, ale na szczęście dla wielu – żyję. Przedwczoraj przeszedłem 87. operację. Ogromne podziękowania dla wszystkich lekarzy, że po prostu nie poddali się”.
Pobyt w szpitalu stał się dla Juwelera czasem, kiedy szczególnie mocno odczuł wsparcie wolontariuszy i po prostu nieobojętnych Ukraińców. Ludzie w różnym wieku przychodzili, aby pomóc, dodać otuchy, porozmawiać. I właśnie w tych chwilach po raz kolejny zrozumiał, o co toczy się ta walka:
„Byłem w wielu szpitalach, w różnych miastach. Pomoc przychodziła od bardzo różnych ludzi. Od uczniów, którzy sami przychodzą w niedzielę, zbierają pieniądze i przynoszą mi małą butelkę wody – po prostu po to, żeby porozmawiać, posłuchać, dlaczego poszedłem walczyć. I od tych ludzi, którzy w ciągu tygodnia piszą na Facebooku lub Instagramie, proszą o darowizny, a potem przyjeżdżają do nas, wspierają, poprawiają nastrój. To po raz kolejny udowadnia mi osobiście, że nie na próżno tam byłem. Że nie na próżno walczyłem za ten naród. Taka jedność to ogromna rzecz.”
Wszystko, czego Aleksander doświadczył podczas tej wojny, na zawsze pozostanie z nim – wspomnienia z linii frontu, straty towarzyszy broni i własna walka o życie. Jednak nawet do najtrudniejszych i najbardziej bolesnych doświadczeń podchodzi ze stoickim spokojem:
„Moje życie podzieliło się na dwa okresy: przed 24 lutego 2022 roku i po. A teraz, widząc wszystkie okropności tej wojny, nie rozumiem ludzi, którzy mówią: „Nie rozmawiajmy o polityce”. Bo o czym w ogóle wtedy rozmawiać? To nasze życie. A wojna to nie polityka. Wojna to życie, w którym teraz żyjemy.”
Dla Aleksandra polityka to przede wszystkim to, jak traktuje cię państwo. Jego „chrzest polityczny” miał miejsce jeszcze w latach 90. W tym kontekście Juwelier wspomina „Szlak Czarnobylski” – wielką akcję upamiętniającą ofiary katastrofy w Czarnobylu, która odbyła się w Mińsku z okazji dziesiątej rocznicy awarii na elektrowni w Czarnobylu:
„To było dawno temu – w 1996 roku. Wtedy też odsiedziałem wyrok za udział w demonstracjach. Nawiasem mówiąc, organizowałem pikietę w obronie Ukraińców, którzy przyjechali do nas na „Szlak Czarnobylski”. Ukraińcy przyjechali, bo Czarnobyl to coś, co dotknęło obu naszych krajów. Ale po prostu ich zatrzymano – tylko dlatego, że są Ukraińcami.
Wyszedłem na protest przeciwko temu, że Ukraińcy są przetrzymywani w areszcie. Próbowano im nawet przypisać jakieś artykuły karne – niemal próbę obalenia porządku państwowego. A ja widziałem, co robili – nic złego. Byli bez broni i na pewno nie próbowali nikogo obalać. Tym bardziej, że działo się to na wiecu, który był oficjalnie dozwolony. Tak więc stało się, że Ukraina odegrała w moim życiu bardzo ważną rolę”.
Aleksander udowodnił nie słowami, ale własnymi czynami, że jest godny bycia częścią wolnego społeczeństwa. Jego droga to droga wyboru, odpowiedzialności i walki. A wojna wciąż trwa, a każdy jej dzień wymaga wytrwałości. I właśnie świadomość tego, o co toczy się ta walka, zrozumienie jej ostatecznego celu, daje siłę do działania:
„Trzeba po prostu kontynuować walkę do końca – dla chłopaków, którzy zginęli obok mnie. Aby zwyciężyć i spełnić ich marzenie – żyć w wolnym kraju. Zarówno na Ukrainie, jak i na Białorusi”.
Tekst: Dmytro Tolkachov
Zdjęcia, wideo: Volodymyr Patola, Oleksandr Los
Redakcja: Oleksandr Bekker