O niemożliwym za życie swoich
Oficer służby medycznej Władysława – szefowa punktu medycznego Międzynarodowego Legionu Obrony Ukrainy. Dziewczyna jest lekarzem medycyny stanów nagłych. Ukończyła staż, zdała egzaminy i nostryfikowała dyplom w Wielkiej Brytanii, ale odmówiła pracy tam w zawodzie – rozpoczęła się pełnoskalowa wojna.
Z brytyjskiego stażu na ukraiński front
Władysława, nie zastanawiając się, zamieniła karierę za granicą na frontową codzienność w bojowej jednostce wojskowej. Dobrze rozumie, gdzie jest teraz najbardziej potrzebna. Jednostek tyłowych nawet nie rozważała: uważa, że jej specjalizacja – medycyna stanów nagłych – z pewnością nie dotyczy bezpiecznej pracy setki kilometrów od linii ognia:
— Jak dla mnie nie ma innej opcji niż dołączyć do szeregów Sił Zbrojnych Ukrainy i pracować tutaj, ponieważ to jest teraz o wiele bardziej potrzebne. Wielka Brytania może być za rok, dwa, dziesięć… W tej chwili nie jest to dla mnie aktualne. Cała moja rodzina, wszyscy moi bliscy przyjaciele są w składzie Sił Zbrojnych Ukrainy – miałam wspaniałe przykłady, dlatego nawet nie rozważałam innej opcji.
Kiedy swoich wynoszą na własnych plecach
Kiedy Władysława przybyła do Międzynarodowego Legionu, służba medyczna składała się z niewielu osób. Lekarka od razu włączyła się w ciężką i niebezpieczną pracę:
— Zajmowaliśmy się głównie ewakuacją rannych z linii kontaktu bojowego i udzielaniem pomocy medycznej w punkcie medycznym dla pacjentów somatycznych, a także dla lekko rannych. Z czasem udało nam się pozyskać więcej lekarzy, znaleźć jeszcze felczera, kolejnych kierowców, maksymalnie doświadczonych i profesjonalnych. Wszyscy oni, wraz z pomocą wolontariuszy, dali nam możliwość otwarcia własnego punktu stabilizacyjnego i udzielania pomocy nie tylko podczas ewakuacji, ale także we własnym punkcie stabilizacyjnym i punkcie medycznym.
Pomimo młodego wieku Władysława posiada już nie tylko najwyższej klasy przygotowanie, ale i znaczące doświadczenie wojenne:
— Prawie rok spędziliśmy w Lesie Serebriańskim, co obecnie brzmi jak bajka. W tamtej sytuacji bojowej istniała możliwość organizowania ewakuacji niemal natychmiast od momentu trafienia rannego na casualty collection point, skąd ewakuowaliśmy żołnierzy własnym transportem. Po Lesie Serebriańskim, na początku lata 2024 roku, około dwa miesiące spędziliśmy w Ternach, gdzie sytuacja taktyczna nie była już tak dobra i gdzie trudniej było organizować pomoc medyczną. Potem trafiliśmy na kierunek pokrowski. Powitaliśmy tam kolejny Nowy Rok, 2025. Przeszliśmy Czasiw Jar. A nasza kolejna rotacja to kierunek charkowski. Obecnie pracujemy z rannymi napływającymi z tego odcinka.
Uczyć się w każdych okolicznościach
Oficer stale doskonali swoje umiejętności i zawsze chętnie przejmuje wiedzę oraz doświadczenie innych lekarzy:
— Obecnie pracujemy razem z bardziej doświadczonymi kolegami, którzy mają profilowe wykształcenie jako chirurdzy ogólni lub anestezjolodzy, dlatego maksymalnie zdobywamy doświadczenie, uczymy się od nich, za co jesteśmy bardzo wdzięczni, i będziemy wdrażać to doświadczenie w dalszej pracy.
W jakimkolwiek stanie przywiozą rannego z pola walki, jeśli żyje – lekarze zrobią dla niego wszystko, co możliwe, a nawet więcej. W bojowej praktyce medycznej Władysławie przyszło widzieć różne obrażenia:
— Z medycznego punktu widzenia najciężsi byli chyba pacjenci, którzy przyjeżdżali do nas do punktu stabilizacyjnego pod Pokrowskiem. Bardzo ciężkich było wielu, takich, którzy przybywali dosłownie już z ciśnieniem 40 na 0, którzy „wyciekali”. Staraliśmy się jak najszybciej ukończyć kursy transfuzji krwi i być zabezpieczeni w krew. Ranny w ciągu 30 minut od ewakuacji z linii kontaktu bojowego mógł już otrzymać krew, która w takich okolicznościach jest jedyną możliwą opcją leczenia.
Nie szczędząc własnej krwi
Wojna potrafi zniszczyć wszelkie plany i mechanizmy. Logistyka pod wrogim ogniem, gwałtowna zmiana intensywności walk, mnóstwo czynników, których nie sposób przewidzieć. Seria nagłych działań szturmowych przeciążyła przewidywane możliwości batalionowej służby medycznej i lekarzom skończyła się krew. Później zostanie to uwzględnione i kosztem poważnych wysiłków rozwinie się niezbędną infrastrukturę, ale w tamtym momencie trzeba było działać bez zwłoki.
— Razem z szefem służby medycznej batalionu postanowiliśmy, że sami będziemy dawcami. I dosłownie w południe oddaliśmy dwie porcje krwi, a wieczorem własną krew przetoczyłam rannemu, który przyjechał niemal nieprzytomny, z minimalnymi wskaźnikami ciśnienia. Odjechał od nas przytomny, rozmawiał z nami, mówił, i byłam bardzo wdzięczna losowi za to. Żartowaliśmy, że jak Mowgli jesteśmy teraz „jednej krwi”. Było mi bardzo wesoło i radośnie, i do dziś jestem niezwykle szczęśliwa, i wciąż pamiętam jego nazwisko oraz imię.
Niezłomnym też bywa bardzo ciężko
Lekarze przyfrontowego punktu stabilizacyjnego spotykają się z różnymi przypadkami. Jeśli bohater ma choć najmniejsze szanse – wykonają najtrudniejsze działania profesjonalne i wyciągną go z tamtego świata.
Tych mężczyzn i kobiet nie przestraszą najstraszniejsze rany i najtrudniejsze technicznie operacje, bo w warunkach pełnoskalowej wojny wydaje się, że widzieli już wszystko.
Ale nawet tym zahartowanym ludziom bywa ciężko, i nie zawsze chodzi o ciężkość ran:
— Z ludzkiego punktu widzenia najtrudniejszy był ranny, który bardzo długo błąkał się, szukał swoich, długo czekał na ewakuację. W końcu go przywieźli. Nie miał ciężkich obrażeń, był lekki albo średni. Ale człowiek spędził długi czas w bardzo stresującym środowisku: myślał, że znaleźli go Rosjanie i był już na granicy. A potem usłyszał, że coś zachrumkało, i okazało się, że to po prostu podkradła się świnia. A człowiek miał już w głowie, że życie się skończyło, był już gotowy umierać.
Często przywozili nam tam jedzenie – nic szczególnego, po prostu jakaś zupa, kasza. I po raz pierwszy od dłuższego czasu zjadł coś gorącego. I to było dla niego większym lekarstwem niż wszystkie preparaty, które mu podawaliśmy, cały tlen, jaki mogliśmy zapewnić. Było tam bardzo dużo łez, strachu i szczęścia. I dla mnie do dziś jest to przypadek, którego raczej nigdy nie zapomnę, na szczęście albo nie na szczęście…
Największa radość: dowieźli do nas
Władysława dobrze pamięta swoich pacjentów i zawsze kontroluje ich dalszą ewakuację:
— Kontrolowaliśmy, że dojeżdżali do następnego etapu i że tam wszystko było dobrze, i jechali już przez kolejny etap, również żywi, przytomni, stabilni, w absolutnie dobrym stanie. Mam nadzieję, że u nich wszystko jest wspaniale.
Największą radością lekarki jest możliwość rozpoczęcia swojej walki o życie rannych braci broni. Personel medyczny punktu stabilizacyjnego to bardzo profesjonalny zespół, który rozumie swoje możliwości. Kiedy ranny trafia do punktu stabilizacyjnego, nie mają czasu na niepokój, rozważania czy wątpliwości. Ale wszystko wygląda zupełnie inaczej, dopóki transport ewakuacyjny jest jeszcze w drodze:
— Największa radość, oczywiście, kiedy udaje się ewakuacja, której wcześniej nie dało się zorganizować godzinami albo dniami, kiedy wreszcie rozumiemy, że możemy wywieźć rannych i udzielić pomocy medycznej. Takie sytuacje, szczególnie trudne, były w Czasiw Jarze. Tam była straszna sytuacja pod względem logistyki ewakuacji. I kiedy wreszcie udało nam się zorganizować ewak dla naszych rannych — to był chyba jeden z najszczęśliwszych dni, bo zrozumiałam: siedem osób, przynajmniej, jeszcze zobaczymy. Oni żyją, u nich wszystko będzie dobrze.
Jakiekolwiek byłyby obrażenia, ale oni żywi — przyjadą do nas. Bo jesteśmy służbą medyczną batalionu. Znamy ich wszystkich. To nie są dla nas po prostu nazwiska na etacie, to ludzie, z którymi rozmawialiśmy, szkoliliśmy ich albo zwracali się do nas do punktu medycznego. Dlatego kiedy rozumiesz, że ten człowiek, dzięki Bogu, będzie uratowany, przyjedzie do punktu stabilizacyjnego — dalej wszystko zależy już od nas, a to już góra z ramion.
Wbrew prawom medycyny
Pole walki nie oszczędza nikogo. Ranni przybywali z ciśnieniem 40 na 0, 50 na 0, bez saturacji, z odmami opłucnowymi, z penetrującymi ranami jamy brzusznej. Była sytuacja, kiedy pacjenta przywieziono nieprzytomnego z penetrującą raną głowy. Obiektywnie, według wszystkich standardów, w takim przypadku pomocy może udzielić tylko neurochirurg na sali operacyjnej z neuroobrazowaniem, które jest niedostępne blisko linii kontaktu bojowego.
— Udzielono mu pomocy medycznej, i na następnym etapie, kiedy nasi koledzy spotykali tego mężczyznę, był już przytomny i rozmawiał z naszym bratem broni — wspomina ten przypadek Władysława. — Teraz czuje się całkiem nieźle, jak na taką sytuację. Ta historia zakończyła się najlepiej, jak to było możliwe, biorąc pod uwagę wszystkie możliwe warianty.
Na lepsze — nie planuj z wyprzedzeniem
Władysława, jak większość żołnierzy, jest powściągliwa w planach na przyszłość:
— Będę pracować w armii. Nie planuję daleko, na ten moment. Moja Brytania przesuwa się na nieznaną odległość, bo tak naprawdę trudno mi sobie wyobrazić siebie teraz za granicą. Co najmniej — trzeba by tam widzieć Rosjan, a nie jestem pewna, czy moralnie mogłabym to znieść.
Na ten moment mam wspaniały pododdział, wspaniały zespół i bardzo podoba mi się tutaj pracować. Dlatego chcę kontynuować, przynosić pożytek, stawać się bardziej wykwalifikowaną, uczyć się nowych umiejętności, żeby być bardziej skuteczną. Rozumiem, że obrażenia mogą być trudniejsze niż te, z którymi mieliśmy do czynienia. Chciałabym, żeby wszyscy, którzy do nas trafili, odjechali żywi i pozostali żywi na kolejnych etapach.
O wspólnym języku profesjonalistów
Udzielanie pomocy nagłej w warunkach frontowych samo w sobie wymaga wyjątkowego profesjonalizmu, żelaznej woli i niezłomnego charakteru. W międzynarodowym pododdziale taka działalność ma jeszcze swoje dodatkowe cechy:
— Język to podstawowa cecha, naprawdę. Bo ludzie, którzy do nas trafiają, zwykle mają doświadczenie służby wojskowej albo doświadczenie bojowe, dlatego mniej więcej funkcjonują na naszym poziomie. W tym sensie, że algorytm działań mają podobny.
Ale język na pierwszych etapach był bardzo trudnym ogniwem komunikacji. W naszej służbie medycznej większość personelu swobodnie mówi po angielsku, ale nasi bracia broni często mówią po portugalsku albo po hiszpańsku, nie licząc innych języków.
Mamy tłumaczy, ale podstawy przynajmniej hiszpańskiego są nam potrzebne, żeby zrozumieć, gdzie pacjenta boli, gdzie jest rana, kiedy, co прилетіло.
Staramy się poduczać hiszpański, żeby móc komunikować się z nimi w każdych warunkach, nawet bez obecności tłumacza.
Oczywiście są też pewne rzeczy, do których przywykli zagraniczni ochotnicy, a które w ich armiach mogą funkcjonować inaczej niż w naszej. Naszym zadaniem jest maksymalnie im wyjaśnić, pomóc, towarzyszyć, dać numery kontaktowe, żeby jeśli pojawią się jakieś problemy czy pytania, zawsze była możliwość zadzwonić do mnie, szefa służby medycznej, naszych lekarzy pracujących w załogach punktu medycznego. A my odpowiednio już za nich możemy porozmawiać, zebrać jakieś informacje, pomóc.
Jeśli krytycznie — wiara pozwala
Zagraniczni ochotnicy przyjeżdżają z różnych zakątków planety. Bez wątpienia mają swoje cechy światopoglądu, wiary, postrzegania różnych kwestii. Te aspekty są uwzględniane, aby legionista miał maksymalnie łatwo, na ile to możliwe, wykonywać zadania bojowe, aby nie obrazić jego przekonań i w żadnym wypadku nie zmuszać do działania niezgodnego z jego naturą. Nikt tutaj nie próbuje bez potrzeby przerabiać kogokolwiek pod jakiś standard, większość kwestii rozwiązuje się drogą kompromisu:
— Na przykład mamy muzułmanów, u których przyjęte jest, że jeśli nie chodzi o kwestię życia i śmierci, zastrzyki może wykonywać tylko mężczyzna. Mamy mężczyzn w służbie medycznej, możemy to zapewnić. Jeśli jednak sprawa staje się krytyczna — rozumieją to i dają nam możliwość pracy. To nie problem.
O wdzięczności tym, którzy stoją obok w szyku
Władysława sama nie pierwszy rok jest na froncie, dokąd przyjechała, mając możliwość życia za granicą, ale jako Ukrainka mówi o zagranicznych ochotnikach z ciepłem, szacunkiem i wdzięcznością:
— Jesteśmy im bardzo wdzięczni za to, że przyjeżdżają, za to, że walczą, nawet po ciężkich ranach. Niejeden i nie dwa razy mówią, że chcą służyć, że wiedzą, kto jest wrogiem, i chcą być z nami, za co jesteśmy im bezgranicznie wdzięczni.
Na przykład nawet „Połtawa” — to nasz cudzoziemiec, któremu po prostu spodobała się nazwa miasta i postanowił wziąć ją jako swój pseudonim. Był ranny dwa razy, dość ciężko, zarówno pierwszy, jak i drugi raz, ale oba razy wracał do szyku i pracował z nami. Tak, miał dość długą rehabilitację, interwencje chirurgiczne, ale wrócił, kontynuował walkę, był dowódcą swojej grupy. To wielki człowiek. Niezwykle miło widzieć go żywego, zdrowego, całego. I takich przypadków jest w legionie bardzo dużo.
Ranna broń
Bardzo chciałoby się, żeby publikacja ograniczyła się do opowieści słowami, ale już po kilku godzinach przyszło zobaczyć to, o czym była mowa, na własne oczy.
Po naszej rozmowie z Władysławą lekarze otrzymali wiadomość, że od linii kontaktu bojowego jedzie pojazd ewakuacyjny z rannymi. Dwóch z nich było w jednej bitwie.
Pierwszy — ciężki. Mina moździerzowa poważnie uszkodziła nogę. Z powodu wrogiego ostrzału opaska uciskowa była zaciśnięta kilka godzin. Charakter obrażeń nie pozwalał podjąć koniecznych działań dla zachowania kończyny. Żołnierza przywieziono nieprzytomnego i jego wygląd wcale nie dawał nadziei.
Bohater, który uratował mu życie, zatrzymując krytyczny krwotok, przybył z ranną ręką. Po operacji opowie, jak pododdział odpierał wrogi szturm pod atakami dronów i pod ogniem moździerzowym, jak założył opaskę rannemu bratu broni, jak w ferworze walki chwycił jego automat i znów otworzył ogień do wroga.
Ranna tym samym wybuchem co jej właściciel broń nie wytrzymała. Pierwszy strzał zaklinował zdeformowaną lufę, po drugim naciśnięciu spustu nastąpił kolejny wybuch, odłamki rozerwanego na kawałki drewnianego łoża AK-74 utkwiły w dłoni, pozostawiając głębokie szarpane rany…
Bez wątpliwości, błędów i wahania
Sala operacyjna ożyła. Słychać było tylko dźwięki aparatury diagnostycznej i maksymalnie krótkie frazy: doprecyzowanie parametrów, dawkowanie leków.
Wszystko inne — wyćwiczone manipulacje, rozumienie od półspojrzenia, szybkość, pewność, ani jednego zbędnego ruchu i ani odrobiny chaosu.
Nikt tutaj nie zwraca uwagi na dalekie wybuchy, dobrze słyszalne poza budynkiem. Ani na bliskie uderzenia, od których może zatkać uszy. Teraz nie ma czasu myśleć o własnym ryzyku.
Władysławie przypadł ranny w rękę żołnierz z drewnianymi odłamkami, których nie pokazuje rentgen. Pewne i bardzo ostrożne, by nie sprawić dodatkowego cierpienia, działania dziewczyny i jej kolegów nawet dla zewnętrznego obserwatora nie pozostawiały wątpliwości, że i tym razem wszystko znów będzie dobrze.
Tradycja — wysłać żywym
Po kilku godzinach zmęczona zmiana połączonego oddziału medycznego doczyściła sale operacyjne do połysku i przekazała rannych załodze ewakuacyjnego pojazdu szpitalnego.
Ktoś z nich być może zdoła zdrzemnąć się kilkadziesiąt minut przed świtem, jeśli nie nadejdzie wiadomość o kolejnej ewakuacji.
Żołnierz, który miał najcięższą ranę, kiedy niesiono go do pojazdu, odwrócił głowę i spojrzał na nas całkowicie świadomym wzrokiem.
Tutaj jest tradycja: nawet tych, którzy na pierwszy rzut oka wydają się prawie martwi, wypuszczać całkowicie żywych i obowiązkowo przytomnych.
Ta ciężka noc nie była wyjątkiem.
Nie nastrzelał dość wrogów
Niemłody mężczyzna z zabandażowaną ręką dopalał papierosa, zachłannie się zaciągając. Na pozycji kilka dni przed ranieniem skończyły mu się papierosy.
Czy uświadamia sobie, że tej nocy uratował życie bratu broni? Czy rozumie, że jest prawdziwym bohaterem? Czy myśli o bólu, jakim odezwą się opatrzone rany, kiedy przestanie działać znieczulenie? Czy zadzwonił do bliskich? O czym teraz myśli?
Odpowiedź na niewypowiedziane pytanie zabrzmiała niespodziewanie:
— Zaledwie dziesięć dni na pozycji. Nawet „*****” nie zdążyłem porządnie nastrzelać — powiedział z goryczą ranny, bardziej do siebie niż do kogokolwiek, zanim wyrzucił niedopałek i wsiadł do karetki.
Spojrzenie, intonacja, wyraz twarzy bezbłędnie świadczyły o tym, że ten człowiek wróci przy pierwszej okazji i dokończy niedokończone sprawy.
Pewnie tutaj taka tradycja: wracać po ranach i walczyć z podwójną zaciekłością.
I tej nocy znowu nic się nie zmieniło.
O niemożliwym za życie swoich
Obok ukraińskich braci broni stale ryzykują, zatrzymując moskiewską nawałę, zagraniczni ochotnicy Sił Zbrojnych Ukrainy — Legioniści Wolnego Świata.
Niestety, nawet najsprawniejsi wojownicy nie są ubezpieczeni od ran.
Ale dopóki oficer służby medycznej Władysława i jej koledzy z połączonego oddziału medycznego są na dyżurze — będą przez chwilę, zanim rzucą się do pracy, oddychać z ulgą za każdym razem, gdy bohatera udało się dostarczyć żywego.
I prawie nie ma znaczenia, w jakim stanie: ten zespół zrobi niemożliwe w walce o życie każdego żołnierza.
Zdjęcia, wideo: Wołodymyr Patola Dmytro Tołkaczow Ołeksandr Bekker